Minimum reklam. Maksimum konkretów o cenach owoców i warzyw.

Subscribe now!

Co dwa dni znika jedno gospodarstwo sadownicze. Import wypiera krajowe owoce

2026-07-29 12:53

 

 

Niemieccy sadownicy wystosowali alarmujący list otwarty. Twierdzą, że w ich kraju średnio co dwa dni kończy działalność jedno gospodarstwo produkujące owoce. Rosnące koszty pracy, presja handlu i konkurencja importowa powodują, że część zbiorów przestaje się opłacać. Dla polskich producentów to ważny sygnał: niemiecki rynek może potrzebować więcej owoców z importu, ale jednocześnie będzie coraz mocniej bronił własnej produkcji.

Pod koniec lipca 2026 roku niemiecka Bundesfachgruppe Obstbau, reprezentująca producentów owoców, zdecydowała się na krok podejmowany — jak podkreśla — po raz pierwszy od wielu lat. W publicznym liście alarmowym zapytała wprost: czy Niemcy w ogóle chcą jeszcze mieć własną produkcję owoców?

Najmocniej brzmi jedno zdanie: według organizacji w Niemczech znika obecnie średnio jedno gospodarstwo sadownicze co dwa dni.

Niemieckie jabłka trafiają do przetwórstwa, a importowane na półki

Autorzy listu opisują sytuacje, które ich zdaniem pokazują skalę problemu. W tej samej hali tysiące ton niemieckich jabłek mają być kierowane do produkcji soku, podczas gdy kilka metrów dalej pakowane są do sprzedaży deserowej jabłka sprowadzone z półkuli południowej.

W niemieckich gospodarstwach mają pozostawać niezebrane dobrej jakości czereśnie, ponieważ rynek jest zaopatrywany w tańszy towar importowany. Śliwki, borówki i inne owoce są — według organizacji — sprzedawane poniżej kosztów produkcji. Coraz więcej gospodarstw kalkuluje więc nie tylko opłacalność uprawy, lecz nawet sens rozpoczęcia zbiorów.

Nie jest to już wyłącznie głos branżowego lobby. W opublikowanym 28 lipca materiale niemieckiej telewizji publicznej sadownicy z Saksonii informowali o słabej sprzedaży truskawek i czereśni. Przedstawicielka tamtejszego związku producentów oszacowała, że od czasu wprowadzenia płacy minimalnej koszty wzrosły o około 60 proc., a podwyżek tych nie udało się przenieść na ceny owoców.

Najniższe zbiory truskawek gruntowych od ponad 30 lat

Wyjątkowo czytelnym przykładem wycofywania się producentów z pracochłonnych upraw są niemieckie truskawki.

Według wstępnego szacunku Destatis zbiory truskawek gruntowych w Niemczech wyniosą w 2026 roku około 71,3 tys. ton. To o 11,3 proc. mniej niż rok wcześniej i niemal o jedną czwartą mniej od średniej z lat 2020–2025. Tak małego zbioru nie notowano od 1995 roku.

Powierzchnia owocujących plantacji gruntowych zmniejszyła się do około 7,83 tys. ha — o 2,9 proc. w ciągu roku oraz o 18,5 proc. wobec średniej z poprzednich sześciu lat. Nie oznacza to wyłącznie słabszego sezonu pogodowego. Destatis wskazuje, że decyzje o powierzchni upraw zależą również od możliwości sprzedaży oraz spodziewanych kosztów zbioru.

Problem widać także w danych strukturalnych. Między 2017 a 2022 rokiem liczba niemieckich gospodarstw posiadających sady towarowe spadła z 7167 do 6510, czyli o ponad 9 proc. W przypadku producentów jabłek spadek wyniósł prawie 12 proc. Jednocześnie powierzchnia sadów zmniejszyła się nieznacznie, co oznacza postępującą koncentrację: ubywa gospodarstw, a pozostałe są przeciętnie większe.

Płaca minimalna uderza w uprawy zbierane ręcznie

Od 1 stycznia 2026 roku ustawowa płaca minimalna w Niemczech wynosi 13,90 euro brutto za godzinę, a od początku 2027 roku ma wzrosnąć do 14,60 euro. Stawka obejmuje również pracowników sezonowych i cudzoziemców zatrudnionych przy zbiorach.

W przypadku jabłek część prac można mechanizować, ale truskawki, czereśnie, borówki czy śliwki przeznaczone na rynek deserowy nadal wymagają dużego udziału pracy ręcznej. Wzrost kosztów pracy natychmiast zmienia więc próg opłacalności. Niemieccy producenci domagają się szczególnych rozwiązań dla pracochłonnych upraw specjalistycznych, których obecnie — ich zdaniem — brakuje.

Co istotne, kryzys nie musi wynikać z braku owoców. Rok 2025 przyniósł Niemcom wysoką produkcję, szacowaną przez AMI na 1,46 mln ton, blisko poziomu rekordowego. Duża podaż, szczególnie jabłek, nie przełożyła się jednak automatycznie na dobre wyniki gospodarstw. Przy wysokich kosztach nawet obfity zbiór może pogorszyć sytuację, jeżeli ceny skupu i sprzedaży pozostają niskie.

Czy niemieccy sadownicy obawiają się polskich owoców?

W niemieckim liście nie wskazano Polski z nazwy. Autorzy piszą szerzej o tanim imporcie, wymieniając między innymi jabłka z półkuli południowej. W bieżących komentarzach rynkowych dotyczących czereśni często pojawia się również konkurencja z Turcji.

Nie zmienia to faktu, że polska produkcja jest dla rynku niemieckiego istotnym źródłem dostaw i realną konkurencją, przede wszystkim w jabłkach.

Według wstępnych danych MRiRW Polska wyeksportowała w 2025 roku nieco ponad 700 tys. ton jabłek. Największym odbiorcą były Niemcy, do których trafiło około 77 tys. ton. Rok wcześniej było to około 112 tys. ton. Dane są jeszcze weryfikowane, ale dobrze pokazują skalę powiązań obu rynków.

Polska pozostaje również największym zapleczem jabłkowym Unii Europejskiej. Na początku czerwca 2026 roku w polskich chłodniach znajdowało się około 227 tys. ton jabłek, czyli mniej więcej 22 proc. wszystkich zapasów europejskich. Tak duży wolumen musi szukać odbiorców, a położone blisko Niemcy są jednym z naturalnych kierunków.

Nie należy jednak upraszczać sytuacji do stwierdzenia, że polskie owoce są zawsze tańsze. Ceny zależą od odmiany, jakości, kalibru, sposobu pakowania i momentu sezonu. Polska przewaga wynika przede wszystkim ze skali produkcji, zaplecza przechowalniczego, doświadczenia eksportowego oraz krótkiej logistyki do niemieckich centrów dystrybucyjnych.

Szansa dla Polski, ale także ostrzeżenie

Jeżeli niemiecka produkcja będzie się dalej kurczyć, tamtejszy rynek stanie się jeszcze bardziej zależny od importu. Dla polskich eksporterów może to oznaczać większe możliwości sprzedaży jabłek, borówek, truskawek, śliwek i innych owoców. Nie będzie to jednak rynek łatwy.

Presja niemieckich producentów na handel i polityków prawdopodobnie przełoży się na silniejsze kampanie promujące pochodzenie krajowe, większą ekspozycję niemieckich owoców oraz oczekiwanie, że sieci handlowe będą płaciły ceny pokrywające lokalne koszty produkcji. Polski dostawca nadal będzie musiał konkurować nie tylko ceną, lecz także jakością, powtarzalnością dostaw, certyfikacją i dopasowaniem opakowania.

Dla polskich sadowników niemiecki alarm powinien być również ostrzeżeniem. Rosnące koszty pracy, energii, ochrony i przechowywania, presja cenowa sieci oraz zmienność pogody nie są wyłącznie niemieckim problemem. Model, w którym konsument deklaruje przywiązanie do lokalnej żywności, ale przy półce wybiera przede wszystkim najniższą cenę, działa podobnie po obu stronach Odry.

Niemieccy producenci kończą swój apel stwierdzeniem, że zlikwidowanej produkcji nie da się szybko odbudować. Z polskiego punktu widzenia nie jest to wiadomość, z której należy się bezwarunkowo cieszyć. Otwiera ona przestrzeń eksportową, lecz jednocześnie pokazuje, jak szybko europejski sad może przegrać z kosztami, importem i polityką zakupową handlu.

 

Dodaj komentarz
Możliwość komentowania dostępna tylko dla użytkowników z wykupionym abonamentem