Ziemniaki „tańsze niż barszcz”, dlaczego?
Ceny ziemniaków zamiast rosnąć spadają. Są już grubo poniżej średniej ceny dla minionej dekady. Bez przesady można mówić o katastrofie na rynku ziemniaka i to nie tylko w wymiarze polskim. W języku polskim mamy związek frazeologiczny „tani jak barszcz”, mówiący o tym, że coś jest bardzo tanie. Otóż hurtowe ceny ziemniaków na rynku świeżym spadły już tak bardzo, że można spokojnie powiedzieć, iż ziemniaki są już „tańsze niż barszcz”.

Obecnie ceny sprzedażowe ziemniaków kalibrowanych i pakowanych w worki są (odmiany żółte) w przedziale 0,23-0,53 zł/kg. Zróżnicowanie pozostaje duże i jest zależne od odmiany, kalibru, jakości i rejonu kraju. Ale generalnie wciąż ceny wykazują tendencję zniżkową, a przecież w tej fazie sezonu powinny już raczej rosnąć. Na wykresie widzimy, że średnia cena bieżąca zeszła już na poziom sprzed pięciu lat. Od dawna jest też grubo poniżej, nie tylko średniej z minionych pięciu sezonów, ale też średniej z całej minionej dekady. Teraz ta relacja to już -50 procent!
Bez przesady można zatem mówić o katastrofie na rynku ziemniaka i to nie tylko w wymiarze polskim. Dlaczego doszło do takiej sytuacji? To nieprawda, że winny jest import i udowadnialiśmy to kilkukrotnie pisząc o tym, jakie wolumeny ziemniaków do Polski się importuje w bieżącym sezonie i jakie się eksportuje. Polska jest eksporterem netto ziemniaków na rynku świeżym!
Przyczyną kryzysu nie jest też spadek spożycia ziemniaków na głowę mieszkańca Europy, choć niewątpliwie ten fakt ma miejsce i ma wpływ na zmniejszanie się produkcji tych warzyw na naszym kontynencie. Ale taki czynnik działa długofalowo i nie spowoduje tak drastycznej zmiany cen rok do roku, jaką oglądamy teraz (przypomnijmy, że dokładnie rok temu średnia cena sprzedażowa żółtych ziemniaków w polskim hurcie wynosiła 1,10 zł/kg, a dwa lata temu było to nawet 1,23 zł/kg.
Źródło problemów tkwi zupełnie gdzie indziej. I naszym zdaniem wpływ na obecną sytuację mają dwa główne czynniki, które są ze sobą powiązane. Pierwszy z nich to załamanie przetwórstwa ziemniaków, a zwłaszcza produkcji mrożonych przetworów z tych warzyw (w tym szczególnie frytek). przez kilka kolejnych lat mieliśmy boom na tę produkcję. Europa, zwłaszcza zachodnia rozbudowywała moce produkcyjne, a zakłady ścigały się o surowiec, podbijając ceny ziemniaków przemysłowych. To skłoniło producentów do zwiększania areału ich uprawy.
Ten trend w obecnym sezonie kompletnie się załamał i, co gorsza, to załamanie nałożyło się na znacząco wyższe zbiory w 2025 roku względem słabych poprzednich lat. Rezultat – gwałtowny spadek popytu w przetwórstwie, nawet ze zrywaniem kontrakt włącznie, a w konsekwencji napływ na rynek świeży całej macy dodatkowych ziemniaków.
I tu dochodzimy do drugiej przyczyny, która jest de facto źródłem wszystkich problemów. To polityka Unii Europejskiej w zakresie tzw. zrównoważonego rolnictwa z jednej strony i w zakresie polityki energetycznej ze strony drugiej. Jedno szaleństwo gorsze od drugiego. Ta polityka doprowadziła do ogromnego wzrostu cen na środki produkcji rolnej i zabicia wzrostem kosztów produkcji (prądu, opału, materiałów, biurokracji) w sektorze przetwórczym, co sprawiło, że unijne przetwórstwo jest niekonkurencyjne na globalnym rynku.
Co najgorsze, zarówno władze unijne, władze większości krajów członkowskich, a także organizacje branżowe, choć widzą skalę kryzysu i ogrom zagrożenia, jakie on niesie (a dotyczy to całego sektora roni-spożywczego UE, nie tylko ziemniaków), to nie potrafią zdobyć się na rzetelną analizę problemu. Nie potrafią, bo tkwią uparcie w ideologicznym klinczu, który nie pozwala zrewidować samych fundamentów, pryncypiów unijnej polityki.
Chodzi o dogmaty nakazujące, w imię zrównoważonego rozwoju, eliminować kolejne środki ochrony i nawozy, o uparte trzymanie się szaleństwa zielonej energii, które wywaliło koszty tejże w kosmos. I tak dalej, i tak dalej. Ideologia wyparła zdrowy rozsądek, a konsekwencji nie można mówić o zrewidowaniu całej błędnej polityki, a tylko o działaniach będących de facto półśrodkami, typu zalecenia NEPG, żeby wprowadzać odmiany ziemniaków potrzebujące mniej wody i bardziej odporne na zmiany klimatu.
Albo zalecenie dla producentów, aby jak najszybciej zakończyli obecny sezon handlowy, a nie usiłowali sprzedać całe swoje, bardzo duże jak na ten czas, zapasy ziemniaków. Problem w tym, jak to miałoby zadziałać, kto pierwszy zrezygnuje ze sprzedaży? Przecież wiadomo z góry, że zadziała „dylemat więźnia” i każdy będzie czekał, aż inni zniszczą swoje ziemniaki, w nadziei, że „jak poczekam dostatecznie długo, to wejdę ze swoim towarem na ogołocony rynek”. No, a co za rok? Zaleca się rolnikom zmniejszenie upraw. Ale znowu, kto ma zmniejszać? Ja czy sąsiad? No przecież wiadomo, że sąsiad. A ja zwiększę w tym czasie. I jak to ma zadziałać. I to jeszcze w skali całej UE?
A co się stanie faktycznie, o ile UE i władze poszczególnych krajów unijnych nie zdecydują się an całkowitą rewizję paradygmatu ochrony klimatu i zrównoważonego rozwoju? Świat pójdzie do przodu, nie oglądając się na ideologiczne zacięcie UE, a my zostaniemy w czarnej… dolinie. Przy czym międzynarodowy kapitał przeniesie produkcję przetworów z ziemniaków (ale i innych warzyw oraz owoców) poza Unię, tam gdzie nie obowiązują nasze obostrzenia, nasza biurokracja, nasze kosmiczne koszty produkcji. Zresztą już się to dzieje.




